Redyk jesienny 2023 Szczawnica

 

Moment, w którym owce wprowadzane są na hale nazywamy redykiem wiosennym. Najczęściej ma to miejsce po dniu św. Wojciecha (23 kwietnia). Bacy przekazywane są owce przez lokalnych gospodarzy, ten zaś z całym stadem idzie na hale, gdzie są wypasane przez najbliższe kilka miesięcy. Jesienią znowu, zwyczajowo po dniu Michała Archanioła (29 września), baca wraca z wszystkimi owcami z hal i oddaje je właścicielom – redyk jesienny. Daty są dosyć umowne, wszystko zależne jest od pogody i warunków panujących na halach.

Na tegoroczny redyk jesienny zapraszamy 14 października. Owce wyruszą z Szczawnica-Malinów przechodząc przez całe miasto w towarzystwie Baców, Juhasów i góralskiej muzyki.

Redyk jesienny zwany jest gwarowo uosod, co wywodzi się od słowa uosadzić (osadzić), osadzić owce z powrotem do poszczególnych gospodarstw. Istnieje również teoria, że wywodzi się ono od słowa uozchod (ozchod), czyli rozchód, rozejście się owiec pojedynczych gazdówek (gospodarstw).

 

 

 

 


Pieniński Park Narodowy nie pobiera opłat za wstęp. Opłaty pobierane są jedynie za udostępnienie niektórych obiektów i obszarów.

Opłaty obowiązujące w 2023:

  • ruiny Zamku Czorsztyn: 10,00 zł – bilet normalny, 5,00 zł – bilet ulgowy (Bilety do zamku sprzedawane są na bieżąco, kasa nie prowadzi rezerwacji ani przedsprzedaży. PPN nie świadczy usług przewodnickich dla osób zwiedzających zamek.) Brak ważnego dowodu wniesienia opłaty skutkuje koniecznością wykupienia biletu specjalnego w wysokości 3-krotnej wartości biletu należnego.
  • wystawa przyrodnicza w Dyrekcji Parku – 3,00 zł
  • galeria widokowa na szczycie Trzech Koron i Sokolicy 20 kwietnia – 31 maja i 1 października – 15 listopada: 6,00 zł – bilet normalny, 3,00 zł – bilet ulgowy *
  • galeria widokowa na szczycie Trzech Koron i Sokolicy 1 czerwca – 30 września: 8,00 zł – bilet normalny, 4,00 zł – bilet ulgowy *
  • szlak wodny w przełomie Dunajca: 6,00 zł – bilet normalny, 3,00 zł – bilet ulgowy **

* Opłaty pobierane są w okresie od 20.04 do 15.11. Bilet wykupiony na Trzech Koronach  jest ważny w tym samym dniu na Sokolicy i odwrotnie. W okresie 16.11 do 19.04 nie pobiera się opłat.
** Opłata pobierana w okresie od 1.04 do 31.10 w kasach na przystaniach flisackich w Sromowcach Kątach i Sromowcach Niżnych. W okresie 1.11 do 31.03 szlak zamknięty.

wpieninypoendorfiny
w pieniny po endorfiny
PIENINY  NA  RAZ

Pieniny Małe, Pieniny Właściwe i Pieniny Spiskie w jeden dzień ?

Nic piękniejszego, nic bardziej esencjonalnego. Rozpocznij o wschodzie zakończ o zachodzie, podążaj za słońcem. Epicka chociaż wymagająca trasa dla wprawionych piechurów czeka na kolejnych śmiałków.


Odznaka „Diament Pienin” ustalona została w celu promocji regionu Pienin i aktywnego spędzania wolnego czasu, ustanowiona i nadawana jest przez Oddział Pieniński PTTK w Szczawnicy. Aby uzyskać Odznakę „Diament” należy pokonać w ciągu jednego dnia pasmo Pienin Małych, Pienin Właściwych i Pienin Spiskich kierując się od wschodu na zachód. Ponad 50 km marszu i ponad 2 tyś przewyższenia.

Okres zdobywania Odznaki jest ograniczony w związku z przeprawą na Dunajcu oraz przeprawą na Jeziorze Czorsztyńskim. Możliwość zdobycia odznaki zamyka się w okresie 15.04 do 31.10. Przy planowaniu trasy należy rozeznać aktualne warunki pogodowe – mogą wpływać na brak możliwości przepraw wodnych (np. długotrwałe ulewy).

Po więcej informacji i regulamin odsyłam TUTAJ



 

“Pieniny na raz”, czyli Diament Pienin –  Kuba Polanowski

Od wschodu do zachodu i ze wschodu na zachód. 52 kilometry wędrówki. Siedem pieczątek i zdjęć żeby zdobyć odznakę. Lokalne klasyki uzupełnione pięknymi choć rzadko odwiedzanymi perełkami.

 

Pieczątka pierwsza – Wysoka (1050 m)

(https://mapa-turystyczna.pl/route/3eo4i)

Spakowany na ultra light wyruszam o 5:10 ze Szczawnicy. Kierowca taksówki życzy mi powodzenia i zostawia w malowniczej połemkowskiej wsi Jaworki. Początkowy odcinek trasy biegnie żółtym szlakiem z Jaworek przez Rezerwat Biała Woda nad Przełęcz Rozdziela.

Rezerwat chroni m.in. ciekawe grupy skalne położone wzdłuż biegu potoku Biała Woda. Droga przekracza potok w kilku miejscach, gdzie postawiono drewniane mostki. Pochylona ku północy charakterystyczna Smolegowa Skała (710 m) wita mnie w bramie urokliwego Wąwozu Międzyskały.

1,5 km dalej rozdroże i bacówka. Ścieżka zaczyna piąć się w górę przecinając rozległą polanę, na której prowadzony jest kulturowy wypas owiec i bydła. Dosyć męczące podejście, zakończone wypłaszczeniem nad przełęczą w pobliżu granicy państwowej. Stąd doskonały widok na Pieniny Małe, Właściwe, Gorce i Beskid Sądecki. Przy dobrej widoczności zobaczyć można Babią Górę.

Dochodzę do Przełęczy Rozdziela, nazwanej od położenia na granicy Pienin i Beskidu Sądeckiego. Odbijam w prawo na niebieski szlak Tarnów – Wielki Rogacz który będzie mi towarzyszył przez większą część dnia. Małe Pieniny przejdę prawie w całości wzdłuż pasa granicznego.

Trasa prowadzi lasem i wychodzi z niego dopiero na polanie Uroczysko Zaskalskie pod Wysoką (1050 m). Trawersuje jej zbocze i po chwili znajduje się na terenie Rezerwatu Wysokie Skałki. Na zarośniętej polanie Kapralowa Wysoka rozdroże. Odbijam w lewo. Czas goni więc szybko docieram na wierzchołek. Fantastyczna panorama, a w niej m.in. Beskid Sądecki, Góry Lewockie, Magura Spiska, Tatry i Gorce. Robię pierwsze zdjęcie z tabliczką i odbijam pieczątkę.

Pieczątka druga – Wysoki Wierch.

(https://mapa-turystyczna.pl/route/35khs)

Następny odcinek Diamentu wiedzie grzbietem pasma Małych Pienin. Mijam Durbaszkę (934 m), pod którą znajduje niewidoczny ze ścieżki się Górski Ośrodek Szkolno-Wypoczynkowy. Po około 3 kilometrach rozejście szlaków pod Wysokim Wierchem (898 m). Zostawiam na chwilę szlak niebieski i po ok. pół kilometra osiągam obły wierzchołek.

Chętnie zostałbym tu do wieczora. Nie powinno dziwić, że coraz częściej widać tu pary młode na sesjach ślubnych. Robię zdjęcie panoramie Tatr, z ławeczką na ich tle. to chyba moja ulubiona ławka w Polsce. Robię zdjęcie ze szczytu i zbieram pieczątkę. Póki co idę na równi z założonym planem. Na wschodnim zboczu znajduje się tradycyjna bacówka, w której wyrabia się produkty z mleka owczego i krowiego. Nie zajdę bo trzeba przeć dalej. Niedługo zatrzymam się w schronisku.

Pieczątka trzecia – Sokolica

(https://mapa-turystyczna.pl/route/35khr)

Około 9:15 schodzę z Wysokiego Wierchu. Za mną 4 godziny i 12 km wędrówki. Wracam na szlak niebieski, który prowadzi mnie znów wzdłuż granicy państwowej. Na przemian przez lasy i polany. Po drodze mijam Cyrhle, Łaźnie Skały i Witkulę. Kierowca nastraszył mnie rano, że miejscowi widzieli w tej okolicy niedźwiedzia. Nie mógł wiedzieć, że się ich boję. Nie miejscowych, niedźwiedzi.

Trafiam do Schroniska PTTK Orlica około 10:30. Zamawiam żurek oraz wodę i prowiant na drogę. Zostało jeszcze ponad 35 km. Schodzę do Drogi Pienińskiej i zaczynam przeciskać się w tłumie. Na szczęście udaje mi się ostatniemu wejść do flisackiego “promu” bez czekania.

Drugi brzeg Dunajca i początek podejścia na legendarną Sokolicę (747 m). Na 1,3 km przypada ponad 350 metrów przewyższenia. Po kilkunastu minutach dochodzę do kolejki po bilet. Słup ludzi ciągnie się na kilkadziesiąt metrów.

Wołam “Przepraszam państwa” – pierwsze kilkanaście osób odwraca się. Opowiadam swoich zamiarach – skąd idę i dokąd zmierzam. Sygnał “puśćcie chłopaka” rozchodzi się błyskawicznie. Omijam kolejkę uśmiechając się do ludzi, którzy życzą mi powodzenia. Ze szczytu widok na piękny przełom Dunajca. Przy kasie biletowej zbieram trzecią pieczątkę.

Pieczątka czwarta – Trzy Korony.

(https://mapa-turystyczna.pl/route/35khw)

Za budką pod Sokolicą skręcam w lewo na tzw. Sokolą Perć. Jej autorem jest twórca tatrzańskiej Orlej Perci, ks. Walenty Gadowski. Wąska ścieżka biegnie częściowo w terenie skalnym, zabezpieczona poręczami. Zaczyna być coraz tłoczniej, więc tempo wędrówki spada. Miejscami tworzą się zatory. Mijam Przełęcz Sosnów, Czertezik, Czerteż, Ociemny Wierch i Szutrówkę. Zaraz za nią skrzyżowanie ze szlakiem żółtym z Krościenka do Sromowców Niżnych.

Po kilkuset metrach dochodzę do Przełęczy Szopka gdzie odbijam w lewo na Trzy Korony. Przeciskam się w tłumie i po kilku minutach wita mnie koniec kolejki. Ludzie mówią, że “stania będzie pewnie ze 4 godziny”. Omijam kolejkę i idę w kierunku kasy biletowej próbować szczęścia.

Zabieg z Sokolicy znów się udaje. Ludzie puszczają mnie do wejścia na platformę widokową. Tutaj pojawia się problem – w wąskim przejściu między metalowymi barierkami nie dam rady się przecisnąć.

Pani z PPNu ostrzega, że na jej oko będę musiał poczekać około godziny. Kiedy słyszy o Diamencie Pienin zapewnia, że wystarczy zdjęcie z tabliczką przy budce. Wejście na Okrąglicę (982 m, najwyższy wierzchołek Trzech Koron) nie będzie potrzebne. Oddycham z ulgą. Jest 13:00, za mną połowa trasy. Przeciskanie się w tłumie bardzo mnie zmęczyło i czuję, że zbliża się kryzys.

Pieczątka piąta – Czorsztyn

(https://mapa-turystyczna.pl/route/35khc)

Z kasy biletowej pod symbolem Pienińskiego Parku Narodowego schodzę do Przełęczy Szopka. Po kilkunastu minutach rozdroże. Kontynuuję wędrówkę niebieskim w kierunku Czorsztyna. Nagle wokół nie ma nikogo. Za Przełęczą Szopka niebieski droga wiedzie przez Pieniny Czorsztyńskie. Idąc na przemian lasem i polanami mijam Czoło (815 m), Sylwków Gronik (808 m) i Łączaną (818 m). Po około 2,5 km dochodzę do skrzyżowania szlaków na Przełęczy Trzy Kopce. Zaraz później Macelak (857 m) i polana, z której rozpościera się piękny widok na Tatry. Po kilkunastu minutach trafiam na Halę Majerz.

Nie znajdę tu schronienia przed słońcem. Potężna polana rozciąga się na prawie dwa kilometry. Robię przerwę na zdjęcia. Widoki są doskonałe – Słowackie Tatry Bielskie, Tatry Wysokie, Magura Spiska. W paśmie Pienin Spiskich widać jeden z celów mojej wędrówki – górę Żar (883 m).

W Czorsztynie na głównym skrzyżowaniu skręcam w kierunku ruin Zamku Czorsztyńskiego. 15 min i jestem na przystani statku Harnaś. Pieczątkę znajduję w skrzynce kasy biletowej, w barze obok. Odbijam stempel w książeczce, robię sobie zdjęcie i rozglądam się wokół. Bardzo długa kolejka do kasy biletowej na przeprawę. Okazuje się, że jeden ze statków miał awarię i przestano sprzedawać bilety.

Pani z obsługi kieruje mnie do gondoli, która jest teraz jedynym środkiem transportu do Niedzicy. Przechodzę na drugą stronę cypla, a tam kolejka po horyzont. Decyduje się na sprawdzony już zabieg. Podchodzę do kasy biletowej i udaje się wyprosić wejście bez kolejki. To samo powtarzam przy łódce. Ludzie puszczają mnie przodem, uśmiechają się i życzą powodzenia.

Pieczątka szósta – Niedzica

(https://mapa-turystyczna.pl/route/35kht)

Rejs przez Jezioro Czorsztyńskie zajmuje około 10 minut. Spod łódki pryska orzeźwiająca chłodna woda. Udaje się nawet zrobić w miarę wyraźne zdjęcia zamków w Czorsztynie i Niedzicy mimo bujania. W przystani po drugiej stronie odbijam stempel i robię sobie zdjęcie.

Zatrzymuję się na obiad w karczmie niedaleko zamku. Trafiłem akurat na stolik, który właśnie się zwalniał więc znów szczęśliwie omijam kolejkę. Po posiłku ruszam na południe w stronę Cisówki (777 m) górującej nad Niedzicą i Falsztynem. Hala po wschodniej stronie szczytu zapewnia fantastyczne widoki na Jezioro Czorsztyńskie i Gorce.

Dalej ścieżka znika w lesie i zostaje w nim przez następne 4,5 km. Spotkałem na tym odcinku zaledwie kilka osób. W okolicy Krempaszankowej (826 m) szak czerwony łączy się z zielonym i po kilkudziesięciu metrach wychodzi na Polanę Wapienne. Fantastyczny widok na Tatry Bielskie, Wysokie i Magurę Spiską. Najwyższe tatrzańskie szczyty oddalone są zaledwie 20-30 km stąd. Jest 18:30 a przede mną ostatnie, krótkie podejście na najwyższy szczyt Pienin Spiskich.

Pieczątka siódma – Żar

(https://mapa-turystyczna.pl/route/35kho)

Około kilometr dalej docieram na Żar (874 m). Robię sobie zdjęcie z tabliczką i odbijam ostatni stempel potrzebny do zdobycia odznaki. Wchodzę na niewysoką wieżę widokową. Podziwiam widok na Gorce i Jezioro Czorsztyńskie. Czerwone znaki prowadzą wąską granią głównego grzbietu Pienin Spiskich. 200 metrów dalej mijam Dziurę Mutiego – otwór w skale opatrzony tablicą. Łatwo do niej wpaść (i wypaść kilka metrów niżej) bo wlot jest zaraz przy ścieżce. Odbijam na południe w okolicy szczytu Lós (882 m).

Zejście jest niezwykle strome. Pół kilometra dalej ścieżka skręca na zachód i biegnie wzdłuż do potoku Przecznie. Obok Jurgowskie Stajnie, w których kupić można tradycyjne produkty mleczne. Szlak przecina potok, robi zawijas i prostą drogą wzdłuż polan prowadzi do Dursztyna. Zaczyna zachodzić słońce. Mijam stado owiec a dźwięk ich dwonków zagłusza moje kroki.

W centrum Dursztyna trasa Diamentu zostawia czerwony szlak i skręca ku północnemu-zachodowi w kierunku Krempach. Po około 1,5 km między Czerwoną Skałką (789 m) a Furmańcem (717 m) skręcam na lewo w potężne polany. Trzeba tu wysilić wyobraźnię (albo użyć aplikacji), bo mogą być problemy orientacyjne.

Idę wzdłuż Dursztyńskiego Potoku, mijając liczne wychodnie i formacje skalne. Największa ich grupa to Lorencowe Skałki. Pięknie prezentują się na tle ogromnych pól w zachodzącym słońcu. Obok najbardziej charakterystycznej skałki Gęśla ustawiono tablicę informacyjną i ławkę.

Kiedy przechodzę przez Krempachy robi się ciemno. Dochodzę do mostu na Białce po 15 godzinach wędrówki, z przerwami na posiłki i zdjęcia.

Dzień później odwiedziłem szczawnicki oddział PTTK w celu weryfikacji przejścia. Oprócz ładnej, dużej blachy dostaje kolorowy imienny dyplom.

 

*Trzeba mieć na uwadze ograniczony okres zdobywania odznaki. Wiąże się to z koniecznością przeprawy na Dunajcu i Jeziorze Czorsztyńskim. Można z nich skorzystać od 15 kwietnia do 31 października.

 

Kuba Polanowski – z wykształcenia socjolog, z pasji zapalony wędrowiec górski, fotograf amator i blogger.

#diamentpienin #wpieninypoendorfiny #naszlaku

 

Do zobaczenia na szlaku 🙂

Na szlaku Diamentu Pienin

Na szlaku Diament Pienin
[vc_gallery type=”image_grid” images=”3308,3338,3339,3340,3341,3342,3343,3344,3345″]
Bartosz (Menior), mocno pozytywna osobowość  Szczawnicy,  w 2017 roku zorganizował akcję #setkameniora i 100 razy wylazł na Sokolicę. Każde jego wejście to było 10 zł z przeznaczeniem na cele charytatywne. Oczywiście do Bartosza dołączały kolejne osoby powiększając pulę. To było coś !
.
W 2022 powstała #setkameniora2 i już 200 wejść Bartka na Sokolicę. Akcja rozrosła się dosyć srogo, uzbierano całkiem spore kwoty które lokalnie  wsparły naprawdę potrzebujących. To dopiero było WOOOOW !
.
I co dalej ? Absolutnie chłop nie odpuścił, zapodał następujący temat który śmiga od początku roku jak szalony, ludziska szczyty zdobywają a akcja się kręci jak szalona. A idzie to tak:
.
Chciałbym stworzyć akcje charytatywną która będzie polegała na zdobywaniu szczytów
Nie ważne jakich , nie ważne gdzie!
1 szczyt 1 osoba = 10 zł
Rok ma 365 dni i chciałbym aby każdy dzień w roku był wypełniony jakąś wyprawą ( w danym dniu może być to kilka wypraw , ktoś w tym samym czasie jest w Szczawnicy i idzie w Pieniny, ktoś jest w Zakopanem i idzie w Tatry, ktoś jest za granicą i idzie na najbliższy szczyt ) .Planujesz wyjść na jakiś szczyt Pienin, Gorców, Tatr, Beskidów, mieszkasz w Norwegi, w Niemczech, Portugalii, Austrii, Stanach Zjednoczonych, Nowej Zelandii, itd. jesteś na wakacjach w Himalajach , Alpach, itd. GDZIEKOLWIEK ! Z każdego miejsca na świecie możesz wesprzeć tą akcje. Chciałbym abyśmy wypełnili cały rok ! Wszystkie dni !
.
Wystarczy napisać post na grupie, pochwalić się jaki szczyt zdobyłeś https://www.facebook.com/groups/509348713571620
1 osoba 1 szczyt = 10zł na cel charytatywny
1.Jaki cel ?
2.Jak zbierać ?
3.Gdzie wpłacać ?
.
Ad.1. Cel na co będziemy zbierać oczywiście wybierzemy wspólnie, ale ja od siebie proponuje zebrać fundusze na wykończenie Pienińskiego domu mieszkalnego dla osób z niepełnosprawnościami
Dom powstaje w gminie Szczawnica (Szlachtowa). Będzie to dom całodobowej opieki dla osób z wieloraką niepełnosprawnością z okolicznych miejscowości, którzy z różnych przyczyn tracą oparcie w swoich rodzinach. Ostatnim ogniwem misji PSONI jest wybudowanie domu mieszkalnego – dzieci z niepełnosprawnością dorastają, ale nadal wymagają opieki i wsparcia, zwłaszcza, gdy ich rodzice już odejdą. Chcemy wybudować dla nich dom, w którym będą mogli godnie przeżyć swoją starość. Dlatego pomóżmy im w tym !!! www.psoni-szczawnica.pl
.
Ad.2. W Tej sytuacji , w takiej formie akcji charytatywnej , nie jesteśmy w stanie wpłacać do jednej puszki , zatem ja będę prowadził dziennik w którym będę zapisywał kto ile razy był „na szczycie” przyjmując że dana osoba, jeden szczyt =10zł
.
Ad.3. pod koniec roku każda z osób osobiście wpłaci daną sumę na daną fundację którą wspólnie wybierzemy. Jest tylko jeden warunek ! MUSISZ WYJŚĆ Z DOMU ! W GÓRY!
.
I tak to się ma 🙂 Gorąco zachęcamy byście dołączyli mnogo do tego dobra.
.
Nazwę grupy podałem wyżej, tam też doczytacie więcej.
Posługujemy się tagiem #naszczytwszczytnymcelu
.
.

Historia pustelni na Zamkowej Górze.

Większość z Was zdobywając Trzy Korony odwiedza ruiny zamku pienińskiego a mało kto wie że istniała tutaj przed II WŚ drewniana pustelnia. Wybudowana została w 1904 na nadbramiu dawnego zamku przez społeczny Komitet Budowy Kaplicy św. Kunegundy.

Poniżej publikujemy artykuł Leszka Zakrzewskiego ” O PIENIŃSKICH PUSTELNIKACH”

http://web.archive.org/web/20100111100700/http://www.nsi.pl:80/almanach/art-ludzie/o_pieninskich_pustelnikach.htm

Pustelnia w Pieninach, Góra Zamkowa

Wędrowcy przemierzający pienińskie szlaki odwiedzają prawie zawsze malowniczy zakątek tych pięknych gór, jakim jest zamek św. Kingi – zwany również zamkiem pienińskim. Położony na skalnej półce od północnej strony Góry Zamkowej (799 m n.p.m.), został zbudowany w formie tarczowego muru metrowej grubości z łupanego miejscowego wapienia, biegnącego lekkim łukiem wzdłuż urwiska, długiego na prawie 90 metrów i niemal przyklejonego do sterczącej za nim pionowej skalnej ściany. Ochronę od pozostałych stron stanowiła lita pienińska skała, uniemożliwiając praktycznie dostęp do zamku. W linii muru obronnego były zabudowane murowane pomieszczenia mieszkalne. Do zamku wiodły dwa wejścia – zachodnie przez występ w murze umieszczony na pewnej wysokości, a więc również trudno dostępny, prowadziło do Krościenka przez przełęcz Szopka, wschodnie poprzez bramę wykonaną w mieszkalnej wieży prowadziło doliną Potoku Pienińskiego w dół do przełomu Dunajca. Badania archeologiczne prowadzone tu w latach 1938-39 przez T. Szczygielskiego i po wojnie w latach pięćdziesiątych przez A. Żakiego i M. Cabalską w latach 1976-77 i S. Kołodziejskiego w latach 1977-1978, pozwoliły na lepszą rekonstrukcję planu zamku i ujawniły ślady cysterny, zaopatrującej obrońców w wodę, na dnie której tryskało niegdyś źródełko. Drobne znaleziska (sprzed wojny – metalowe naczynia, groty strzał, gwoździe, sprzączka od pasa, powojenne znaleziska grotów strzał, grotu włóczni, około 10 000 fragmentów glinianych naczyń, gwoździ i brązowej buławki) oraz odkrycie fragmentów posadzki malowanej w czerwonym kolorze na miejscu jednego z pomieszczeń, pozwoliły datować okres wykorzystywania zamku na II pot. XI11 wieku i początek XIV w. Podczas ostatnich w tej serii badań archeologicznych, znaleziono nikłe ślady umocnień na południowej stronie Góry Zamkowej, co wskazuje na dobrze przemyślany projekt założenia zamku: oprócz stromej skały, od południa pozycja obronna była osłaniana przed atakiem dodatkowo.

To w tym miejscu według legendy, widzimy po badaniach archeologicznych, że zgodnej z historycznymi faktami, schroniła się księżna Kinga wraz z towarzyszącymi jej mniszkami ze starosądeckiego klasztoru, uchodząc przed tatarskimi najeźdźcami w grudniu 1287 roku.

W roku 1831 Żegota Pauli, ówczesny wybitny badacz przeszłości i etnograf, widział jeszcze „szczątki murów, wieży jednej, w której okno z kratą żelazną i ślady bramy nad przepaście. […] Na miejscu, gdzie stał gróddziko rosną róże, rozmaryn, wonne zioła i inne kwiaty. Niedostępność grodu tego dawała zapewne powód do owej legendy, jakoby był zbudowany od aniołów…”

Inny popularyzator i badacz dziejów, Szczęsny Morawski, w wydanym w latach 1863-1865 dziele Sądecczyzna, pokusił się o rekonstrukcję wyglądu zamku: „Pośrodku gór Pienin o paręset sągów od Dunajca, na lewym jego wybrzeżu, wznosi się góra w postaci klina: z jednej strony ukośno lecz bardzo stromo spadzista, z drugiej prostopadła. U wierzchu tej góry kamiennej – gdyby jaskółcze gniazdko, przytulony stał ów słynny zameczek Kingi, ze wszech stron niedostępny, a przed wyższą tuż nad nim sterczącą górą, gdyby tarczą zasłoniony ostrym, wyniosłym skalistego klina wierzchem. […] Z pozostałych gruzów łatwo odgadnąć postać całej tej maleńkiej warowni widząc podwaliny całe i ścianę sto kroków długą, a miejscami dwa siągi wysoką. Z jaskółczą przenikliwością zastosowano się do miejsca korzystając z każdego wyskoku skały. Od zachodu samorodny mur skalisty zostawiono nietknięty, a pomiędzy nim a litą skałą góry wzniesiono potężną czworoboczną stróżę wchodową otworem. Dziś po tylu wiekach, kiedy skały same wietrzejące rozkładowemi okruchami swoimi obsypują się – kiedy zwaliska dawnych murów utorowały przystę, a przecież z ciężką trudnością przychodzi wdrapać się ku onej stróży wchodnej. Cóż dopiero dawniej? – Ściana skały, na której ta brama słoi, prawie o dwa siągi samorodnie wywyższona nad poziom najbliższej możliwej ścieżki, więc o bramie wjezdnej nie mogło być mowy, zwłaszcza kiedy ścieżka nawet koniowi jucznemu nie była przystępną. Więc też wchód był li tylko dla człowieka pieszego i to pojedynczego, gdyż dwu obok siebie ścieżką kroczyć nie mogło. Wchód ten sam przez się nadpoziomy ciasny i niski po dziś dzień widoczny wiódł w podziemię stróży i służył za furtkę warowną żelaznemi kutemi drzwiami zamykaną. Prócz tego w wysokości piętrowej prawdopodobnie okno szerokie zamykane pomostem zwodzonym, z którego spuszczano drabinę lub kołowrotem wyciągano osoby znakomitsze jak to i po innych zamkach bywało. Wieża ta, czyli stróża nie była wysoką, gdyż potrzeba nie wymagała więcej nad dwa piętra nadpoziomo. Do stróży przystawiano piętrową strażnicę od strony spadzistości ku pienińskiemu potokowi, dla załogi zamkowej mianowicie dla starszyzny jak to po zamkach zwykle bywało. Za tą strażnicą był mały dziedzińczyk z studnią, a raczej cysterną, której ślad widoczny. Mur łączył go z strażnicą. Dalej na podwyższeniu może trzyłokciowem stały zabudowania 4 siągi szerokie i długie tyleż, prawdopodobnie też piętrowe. Był to zamkowy dwór, czyli mieszkanie dziedziców zamku, mieszkanie Kingi. Góra skopana i wyrównana tworzyła szczuplutki podworzec, nad którym spadzisto wznosi się skalisty grzbiet góry. Znać wyraźnie ślady pracy ludzkiej – chodnik niby terasę spadzistą, prawdopodobnie ogródek zamkowy właściwy. Dalej szedł mur zginając się wedle zakrętu skały, a wznosząc się ciągle ku szczytowi. W połowie jego na kilkosążniowym wywyższeniu, w zupełnem odosobnieniu słała kaplica zamkowa do której od dwora wiódł chodnik przeszło siągę szeroki więc wygodny – górą schodowaty. Powyżej kaplicy, mur wspinając się nagle do góry przytyka! do drugiego wchodu: od jaworowej doliny (na wschód słońca). I tu szczerba głęboka w skale stanowiła samorodny przedsionek wchodowy, a brama stała oparta o samorodne ściany. Stróża mała i okrągła stanowiła narożnik muru; bramę zaś samą stanowił mur od stróży w poprzecz szczerby wzniesiony. Wchód nie mógł być jak po drabinie lub linie wiadrem. Kilkanaście siągów powyżej bramy był już szczyt góry z innych stron prostopadły na kilkadziesiąt do kilkuset siągów. Zabudowania opisane wraz z murem, opasując całą pochyłość góry zameczkowi całemu nadają podobieństwo gniazda jaskółczego przylepionego do strzechy. Szczytną krawędź góry prostopadłą na kilkadziesiąt do kilkuset sążni, a w najszerszem miejscu ledwo półsążnia szeroką zwie lud ogródkiem Kingi. Widok stamtąd przecudny. Urwiste skały z pochyłej strony lasem porosłe lecą gdyby poczwary o zielonych grzywach. Dołem Ligarki, w lewo Czerwona Skała i Sokolica a tuż przeciwko Pieniny wyższe, w samej głębi wije się wąziutki zielony Dunajec, a poza nim, w bujny wieniec roztoczyły się leśnickie Golice i Haligowskie wzgórza, w tle nieba ginie ciemne pasmo Krępaka, a narożny historyczny Rohacz strzeże miedzy polskiej ponad Piwniczną szyją nad Popradem.[…] Zameczek Kingi z położenia swego ma to do siebie, iż go trudno wyśledzić i długo można wokoło szukać nim się go dostrzeże. Co do obronności zajmował niezawodnie pierwsze miejsce.”

W roku 1894 wytrasowano pierwsze turystyczne ścieżki na Trzy Korony, a w roku 1906 trasę z Trzech Koron do Sromowiec i wzdłuż Pienińskiego Potoku na Górę Zamkową, dokąd prowadziła wcześniej nieoznakowana ścieżka.

Chcąc uczcić 600-lecie śmierci błogosławionej Kingi, zawiązany w 1892 roku w Krościenku komitet, prowadził działania w celu upamiętnienia pobytu bł. Kingi w Pieninach. Inicjatorami całej akcji byli Feliks Pławicki1 oraz ks. kanonik Antoni Łętkowski2, proboszcz parafii w Krościenku w latach 1897-1912. Postanowiono u stóp pienińskiego zamku, poszerzyć skalną grotę do głębokości 5 metrów, szerokości i wysokości po 3 metry i umieścić tam posąg. Prace prowadzone pod kierunkiem słynnego szczawnickiego przewodnika, Józefa Madeji przez Pieniński Oddział Towarzystwa Tatrzańskiego polegały na nawiercaniu otworów i wysadzaniu skał ładunkami dynamitu. Posąg św. Kingi, naturalnej wysokości na koszt Pienińskiego Oddziału TT, wykonał syn krościeńskiego kierownika szkoły, rzeźbiarz Władysław Druciak, zamieszkały w Krakowie. Posąg wykuty w kamieniu pińczowskim w zakładzie kamieniarskim W. Samka i A. Hajdeckiego w Bochni, przesłano koleją do Nowego Sącza, stamtąd furmanką do Krościenka, w pobliże miejsca ustawienia na polanę Wymiarki wywiozły go cztery konie, a ostatni odcinek pokonał przymocowany do żerdzi na barkach transportujących go ludzi.

W niedzielę 24 VII 1904 roku w obecności kilku tysięcy pielgrzymów, nastąpiło poświęcenie groty, przy wtórze salw moździerzy ustawionych na sąsiadujących wzgórzach. Oddano to miejsce jako sanktuarium św. Kingi pod opiekę proboszczom parafii z Krościenka „po wsze czasy”3. Wykończenie i przyozdobienie groty oraz wymurowanie ołtarza trwało do roku 1906.

W dniu 24 lipca każdego roku – w uroczystość św. Kingi, okoliczni mieszkańcy pielgrzymowali do tego miejsca w procesji, pierwsze duże uroczystości odpustowe odbyły się tu w roku 1921 z inicjatywy nowego proboszcza parafii, ks. J. Bączyńskiego. Obecnie już od dziesięciu lat Stowarzyszenie Czcicieli św. Kingi wędruje po Beskidzie Sądeckim i Pieninach śladami Świętej w swoich dorocznych górskich pielgrzymkach, odprawiając właśnie w tym miejscu Msze św., gromadząc z roku na rok coraz większe rzesze pielgrzymów.

Jaka była historia pienińskich pustelników, którzy przez wiele lat byli charakterystycznymi, ubarwiającymi to miejsce postaciami?

W roku 1904, jeszcze w czasie wykuwania groty, przybył w Pieniny Andrzej Stachura z Bobrku k/Oświęcimia4. Zamieszkał w szałasie razem z robotnikami, wziął również udział w poświęceniu pomnika, który za pozwoleniem bpa tarnowskiego Leona Wałęgi, 24 lipca 1905 r., poświęcił o. Hilary Jarosiewicz Ofm z Krakowa i odprawił tam pierwszą Mszę św.

Następnie uzyskał zgodę proboszcza i przedstawicieli gminy na zamieszkanie w pobliżu. Miał sprawować pieczę nad tym zakątkiem, opiekować się grotą, chronić ją przed zniszczeniem – pamiętajmy, że teren zamku św. Kingi był własnością gminy Krościenko i pod zarządem parafii krościeńskiej. Przebywał czas jakiś w budowanej grocie. Tymczasem na pozostałościach budowli nadbramia zamku, stanęła jeszcze podczas wykuwania groty, drewniana chatka. Po odejściu robotników, przy pomocy swoich szwagrów, Wawrzyńca Kiełaszka i Franciszka Sulika, przysposobił i wykończył domek tak, aby nadawał się do zamieszkania. Jan Wiktor w swoim dziele Pieniny i ziemia sądecka opisał te wydarzenia następująco: „na resztkach, zakopanych w ziemi, grono osób, chcąc uczcić ten zakątek i wskrzesić tradycję, zbudowało pustelnię z drzewa, obitą korą smrekową, aby upodobnić ją do lasu.”

Andrzej Stachura osiadł w niej jako pustelnik, przybierając imię Władysław. Odziany we franciszkański habit, zajmował się usługiwaniem wędrowcom odwiedzającym ten zakątek, posilając ich wodą ze źródła, a w chłodne dni herbatą. Schodził codziennie do Krościenka, gdzie usługiwał w kościele i leczył odwiedzanych chorych ziołami. Czas w pustelni upływał mu na modlitwie, czytaniu pobożnych książek, zbieraniu i suszeniu ziół. Spał jak na prawdziwego pustelnika przystało w trumnie.

W 1914 roku brat Władysław brał udział w pielgrzymce do Ziemi Świętej, organizowanej przez Komisariat Ziemi Świętej w Krakowie i wówczas poprosił o. Zygmunta Janickiego (prowincjała i zarazem Komisarza Ziemi Świętej) o przyjęcie go do zakonu jako tercjarza wieczystego – pustelnika. I tak się stało.

Z wybuchem I wojny światowej brat Władysław, w roku 1914 w święto Matki Bożej Zielnej – 15 sierpnia, wskutek doniesienia do żandarmerii austriackiej w Krościenku, został aresztowany pod fałszywym zarzutem szpiegostwa, a najprawdopodobniej za uchylanie się od służby w armii. Z polecenia starostwa w Nowym Targu, skutego łańcuchami pustelnika, przywiązanego do wozu, zawleczono do Nowego Targu, gdzie sąd polowy uwolnił go od zarzutu szpiegostwa. Z Nowego Targu został odesłany do klasztoru św. Kazimierza w Krakowie. W Krakowie otrzymał wezwanie do wojska. Całą kampanię wojskową przebył szczęśliwie.

Po upadku Austrii w 1918 r. wrócił do klasztoru w Krakowie i został skierowany do klasztoru w Sądowej Wiszni. Zmarł tamże 13 lutego 1919 r. W czasie oblężenia klasztoru przez hajdamaków ukraińskich, został śmiertelnie ranny odłamkiem szrapnela, kiedy służył do Mszy św. odprawianej w klasztornym kościele.

Porzucony domek szczęśliwie nie spłonął w 1915 roku w wielkim, trwającym dwa tygodnie pożarze boru sosnowego porastającego Zamkową Górę, ale pozostawiony bez opieki, został z upływem lat zdemolowany przez bywających tam pasterzy i przechodniów. Wyrwano okna i drzwi, deski z podłóg posłużyły do rozpalania ognisk, zniszczono wyposażenie.

W maju roku 1924 przybył w Pieniny Wincenty Władysław Kasprowicz pochodzący z Mijanowa w Wielkopolsce. Sprowadziła go tu chęć samotnego życia poświęconego Bogu i ludziom. Urodził się w 1897 roku, po wybuchu I wojny światowej wcielony do pruskiej armii, brał udział w ciężkich walkach pod Verdun. Tam też ślubował, że po uratowaniu życia z tego piekła, po szczęśliwym powrocie z wojny, wstąpi do zakonu. Bóg sprzyjał tej intencji. Na wojnie odniósł ranę, której ślady na przedramieniu nosił do końca życia, ale szczęśliwie powrócił w rodzinne strony. Za walki w szeregach armii niemieckiej odznaczono go jeszcze ponoć Krzyżem Żelaznym, ale nie dane było mu odpocząć. W rodzinnej Wielkopolsce wybuchło powstanie, w którym wziął czynny udział. Za to po latach odznaczono go Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym, a w 1972 roku, Rada Państwa awansowała go na stopień podporucznika Wojska Polskiego.

Człowiek spokojny i cichy, a pełen energii i ducha, nie uczony, a uczący się wciąż i wytrwale, gromadzący wszystkie wiadomości historyczne i tradycje związane z Pieninami, a zwłaszcza wszystkie wiadomości o bł. Kindze, stał się z czasem tych wiadomości gorącym i niestrudzonym krzewicielem.

Były powstaniec wielkopolski i jak pisał Jan Wiktor, żołnierz wytyrany po frontach, który wdział habit, przepasał go grubym sznurem i przybrał zakonne imię, wstąpił do zgromadzenia zakonnego w Krakowie. Nie spodobało mu się jednak zakonne życie. Marzył o samotności i pustelniczym życiu. Gdy przypadkowo od kogoś dowiedział się o istnieniu niezamieszkałej pustelni w Pieninach, nie wiedząc nawet dokładnie gdzie to jest, korzystając ze wskazówek przypadkowych ludzi, udał się w podróż do tego miejsca. Klasztor opuścił nie uprzedzając nikogo o swym zamiarze, z krakowskiego dworca, koleją dojechał do Nowego Targu. Stamtąd, z braku środków transportu, pieszo przywędrował do Krościenka. Napotkani przechodnie wskazali mu ścieżkę ku pienińskiemu zamkowi i pustelni. Zauroczył go ten zakątek, ale aby tam zamieszkać, musiał uzyskać zgodę proboszcza parafii, do której należał cały teren zamku. Ks. Łętkowski mając na uwadze młody wiek przybysza, nie dał wiary intencjom młodego człowieka i zdecydowanie odmówił jego prośbie, Wincenty powrócił do Krakowa. Tam w zgromadzeniu spotkały go nieprzyjemności związane z samowolnym oddaleniem się, które jeszcze bardziej zdeterminowały go do działania. Ponownie udał się do Krościenka, jak opowiadał swojemu pomocnikowi panu Stefanowi Plewie, upadł przed proboszczem na podłogę i ujmując go pod kolana prosił o zgodę na zamieszkanie w pustelni. Proboszcz uległ prośbie i tak domek w Pieninach miał nowego mieszkańca, który pozostał tu na następne ponad ćwierć wieku.

Z pomocą mieszkańców Krościenka i Sromowiec, oporządził domek i przygotował go do zamieszkania. Sam potrafił wykonać wiele czynności stolarskich, posiadał nawet dobrze wyposażony warsztacik stolarski.

Sama pustelnia miała kształt litery „L”, po prawej stronie znajdowała się weranda, na której ustawiono długi stół z ławami po obu stronach, służący jako miejsce odpoczynku dla turystów, którzy obowiązkowo musieli zakosztować herbaty „Z wieżą” gotowanej z kryształowej źródlanej wody. Obok werandy było wejście do domku. Poprzez sień wchodziło się do izby kuchennej, gdzie stał stół, znajdował się murowany kamienny piec i była trumna w której sypiał. Na jej bocznej ścianie wycięty był napis: „Z prochu jesteś i w proch się obrócisz. Memento mori”. Pod pomieszczeniem była piwniczka, w głębi znajdowała się spiżarnia przylegająca tylną ścianą do skały i mały warsztat stolarski, a nad całością strych, na którym czasami nocowali pomocnicy, szczególnie podczas jesiennych akcji zbierania drewna na opał.

Z chwilą zamieszkania w tym ustronnym miejscu, narzucił on sobie ścisły porządek dnia. Wstawał o 4,30 latem (a o 5 w zimie), udawał się na godzinę 6 do Krościenka na Mszę św., po czym wracał do pustelni, gdzie spożywał śniadanie i pracował aż do godziny 12. Po zmówieniu modlitwy Anioł Pański, jadł obiad, czytał żywoty świętych, kończył je modlitwą. Do wieczora, gdy ponownie zasiadał do modlitwy i odmawiania różańca, obsługiwał przechodzących turystów i prowadził drobne prace wokół pustelni. O 20, po odmówieniu modlitw wieczornych i dokonaniu codziennego rachunku sumienia, kładł się na spoczynek. W piątki odprawiał dodatkowo drogę krzyżową, w Wielkim Poście codziennie, w Adwencie uczęszczał do Krościenka na roraty. Zimą do Krościenka zjeżdżał na nartach.

Lubili i poważali braciszka lub brata Wincentego, jak był najczęściej nazywany, okoliczni mieszkańcy. Opiekował się przecież miejscem, które od pradawna było uważane za święte, wszak tutaj dobra księżna Kinga chroniła się przed okrutnym najeźdźcą, z pokolenia na pokolenie przekazywano sobie legendy z nią związane…

Siebie i pustelnię utrzymywał z dobrowolnych ofiar pozostawianych przez turystów. W sezonie ilość odwiedzających to miejsce w drodze na Trzy Korony turystów, chętnych do skosztowania herbaty lub napicia się źródlanej wody była tak duża, że jak wspomina pan Stefan Plewa – trzeba było się sporo napracować, aby zdążyć przynieść odpowiednie ilości wody z oddalonego, znajdującego się w jarze hulińskim źródełka. Dystans ten pokonywał wiele razy dziennie z nosidłami obciążonymi dwoma wiadrami wody. Ogień pod kuchnią palił się bezustannie, a narastający w ciągu lat ruch turystyczny, szczególnie po utworzeniu Pienińskiego Parku Narodowego, wymagał obsługiwania coraz większej rzeszy turystów.

Nieopodal pustelni na szczycie Zamkowej Góry w roku 1925 pod wykonanym do tego celu, zamocowanym na czterech słupach zadaszeniem, zawieszono 50 kilogramowy dzwon z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej i napisem: „Uproś pokój pożądany, zgodę, miłość między stany, Maryjo” – 1925 r. Ufundował go ks. Walenty Gadowski, założyciel i prezes tarnowskiego Oddziału Towarzystwa Tatrzańskiego, twórca Orlej Perci w Tatrach i Sokolej Perci w Pieninach w 1926 roku. Głos dzwonu na Anioł Pański był słyszany daleko w okolicy. Pomagał orientować się również turystom zbłąkanym podczas mgły.

W skale nad schodami prowadzącymi do pustelni, wykonano drewnianą ambonę, służącą podczas dorocznych uroczystości ku czci Patronki Pienin, w połowie schodów znajdowało się również miejsce odpoczynku z zainstalowanymi ławkami, wykonane dla potrzeb turystów.

Spokój przychodził w to miejsce jesienią. Wtedy też corocznie trwała akcja zbierania chrustu i drewna na opał na cały następny sezon.

W latach 1928-1930 państwo przeprowadziło akcję wykupu terenów Pienin z rąk prywatnych – od rodzin Drohojowskich i Dziewolskich w celu utworzenia parku narodowego. W dniu 31 VIII 1930 Zarząd Główny Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego ogłosił uroczyste otwarcie Parku Narodowego w Pieninach, w roku 1932 wspólnie z Czechosłowacją ogłoszono rozszerzenie Parku, który objął obszary położone po obu stronach granicy. Polską część parku poddano administracji utworzonej specjalnie w tym celu odrębnej jednostce administracji lasów państwowych pod nazwą Park Narodowy w Pieninach. Po powstaniu Pienińskiego Parku Narodowego, w prasie toczyła się kampania skierowana przeciw pobytowi pustelnika w Pieninach na terenie Parku, zwłaszcza po sprzedaży terenów zamku przez gminę w Krościenku administracji PPN w roku 1937. Zwracano uwagę na niebezpieczeństwo niszczenia przyrody Pienin przez przybywających tu, zwabionych dodatkowo atrakcją odwiedzenia pustelni, wycieczkowiczów.

Mimo dużej niechęci zarządu Parku do osoby i faktu istnienia pustelni, brat Wincenty miał zezwolenie na zbieranie suchych gałęzi i drewna na terenie objętym Parkiem. Zasoby te jednak z wolna się wyczerpywały i z roku na rok trzeba było penetrować coraz to dalsze okolice Góry Zamkowej. Przeważnie czyniło to kilku ludzi przez ponad dwa tygodnie w roku, jesienią. Ten trud był im wynagradzany przez gospodarza, tak, że chętni do tej akcji zawsze byli, biorąc pod uwagę ogólnie panującą w regionie biedę, zajęcie takie pozwalało im na zarobek. Z biegiem lat ukonstytuowała się instytucja pomocników pustelnika. Pierwsi pomocnicy pochodzili z Krościenka. Byli to m.in. Franciszek Werner i Michał Szerszeń. Później pomagali ludzie ze Sromowiec: m.in. Jan Cichoń, Józef Plewa i ostatnie trzy lata przed wojną Stefan Plewa. Po wojnie ponownie Józef Plewa. Stefan Plewa jako piętnastolatek zaczął odwiedzać pustelnię, gdzie sprzedawał turystom pięknie rzeźbione drewniane orzełki, przy okazji pomagał gospodarzowi, szybko zyskał więc sympatię pustelnika i tak stał się kolejnym „etatowym” pomocnikiem brata Wincentego.

Wincenty Kasprowicz sam zajmował się również rzeźbieniem w drewnie. Może ktoś jeszcze posiada wśród swoich pamiątek z młodości, przyniesioną z wycieczki rzeźbę? W późniejszych latach wykonywał swoje prace prawie wyłącznie na zamówienie, były one sprzedawane w Zakopanem.

Jan Wiktor pisał, że w „długie dni zimowe, wśród kurniaw mogących znieść ten domek, spisywał! klechdy, baśnie, krążące wśród ludu. Zwykł nazywać siebie strażnikiem ustronia rozkwieconego legendami i służebnikiem bł. Kunegundy. ­ Wszędzie, gdzie spojrzymy – mawiał pochylając głowę – widzimy ślady jej obecności, w każdym powiewie, w każdym kamieniu, w każdym kielichu kwiatu…”

Zaowocowało to wydaniem drukiem w roku 1939 w Krakowie książki jego autorstwa Legendy o bł. Kindze, królowej Polski. Pozostawił też rękopis biografii ks. Bączyńskiego, proboszcza parafii w Krościenku w latach 1920-1947. Prowadził w latach 1925-1948 kronikę pustelni i jednocześnie parafii w Krościenku, notując ważniejsze wydarzenia i gromadząc wpisy odwiedzających to miejsce turystów. W zapisanych pięciu jej tomach odnotowali swój pobyt w tym miejscu biskupi (Pękata i Łoziński), generałowie (Kustroń, Galica i Jung – dawny dowódca jednostki, w której. służył brat Wincenty), literaci (Berent, Staff), profesorowie wyższych uczelni, turyści z różnych stron świata (Argentyny, Chin, Filipin, Izraela, Japonii, Kanady, Turcji, USA). Sprzedawał również pocztówki z wizerunkiem posągu św. Kingi i zdjęciami pustelni. Napisane kartki, opieczętowane specjalnym stemplem z postacią świętej i okrężnym napisem „Patrimonium błogosławionej Kingi w Pieninach”, turyści wrzucali do skrzynki w pustelni. Codziennie pomocnicy zabierali je do Krościenka, stamtąd po opatrzeniu znaczkami były wysyłane z miejscowego urzędu pocztowego.

Od roku 1934 prowadził też stację meteorologiczną dla potrzeb Pienińskiego Parku Narodowego, dokonując trzy razy dziennie wpisów do specjalnego zeszytu. W budce pomiarowej zainstalowane było pięć instrumentów pomiarowych dla różnych parametrów powietrza. Raz w miesiącu, wypełniony zeszyt oddawano w siedzibie Parku.

Sama pustelnia z biegiem lat stawała się specyficznym mini muzeum sztuki ludowej, pełnym rzeźbionych świątków i obrazków na szkle. Pustelnik był również wzorowym gospodarzem otaczających terenów: poprawiał znakowanie szlaków turystycznych5 i uprzątał śmieci pozostawione przez niechlujnych turystów.

Nadeszła wojna. Wojska słowackie i niemieckie przekroczyły granicę na Dunajcu w rejonie Czerwonego Klasztoru, po wymianie ognia z placówką Korpusu Ochrony Pogranicza, powróciły na drugą stronę rzeki, ale nazajutrz ponowiły swój atak. Oddziały polskie wobec przewagi napastnika i braku amunicji wycofały się przez Przełęcz Szopka i Krościenko w stronę Przehyby. W ślad za nimi postępowały patrole niemieckie.

Pustelnik z chwilą rozpoczęcia działań wojennych zszedł do Krościenka, zamykając pustelnię i pozostawiając zwyczajowo klucz w opiece księżnej Kingi, w załomie rzeźby. Powrócił tam wkrótce, już po wkroczeniu okupanta do miasteczka.

Nastały długie i ciężkie lata. Ruch turystyczny zamarł. Zagubione w górach miejsce odwiedzali jedynie czasami pomocnicy pustelnika i żołnierze Grenzschutzu z pobliskiej strażnicy u wylotu Wąwozu Sobczańskiego. Bratu Wincentemu znającemu doskonale język niemiecki, nie robili żadnych trudności. Bywalcami w pustelni byli również leśni chłopcy znajdując tu zawsze gościnę. W roku 1941 Niemcy, którzy zabrali wszystkie dzwony kościelne z okolicy, zorientowali się, że obok pustelni został jeszcze jeden duży dzwon. Aby ubiec ich działania, brat Wincenty wraz ze Stefanem Plewą, nie mogąc odkręcić zardzewiałych nakrętek mocujących dzwon do belki, podcięli drewniane słupy dzwonnicy. Dzwon runął wraz z resztkami konstrukcji w dół zbocza, w stronę pustelni. Wydawało się, że ulegnie rozbiciu, ale szczęśliwie zatrzymał się na zmurszałym pniu drzewa. Tam też ukryli go maskując gałęziami i liśćmi. Rok później pustelnik wraz z Józefem Plewą, przenieśli ciężki dzwon do ukrytej w ścianie skalnej groty, poniżej zamku. Niestety, władze niemieckie nie chciały dać za wygraną i w 1943 roku nakazały dostarczenie dzwonu do strażnicy Grenzschutzu w Sromowcach. Pustelnik ze swoim pomocnikiem przetransportowali ciężar na przełęcz Szopka, stamtąd w dół znieśli go dwaj konwojowani przez spotkany przypadkowo patrol niemiecki, zatrzymani uprzednio przy nielegalnym przekraczaniu granicy ludzie. Dzwon ten Niemcy zainstalowali na strażnicy i wykorzystywali do alarmowania i ogłaszania posiłków i zbiórek. W czasie ewakuacji przed nadchodzącym frontem, komendant posterunku pod wpływem usilnych nalegań sołtysa Sromowiec, dał się uprosić i pozostawił dzwon na miejscu. Służył on później w kościele w Krościenku, stamtąd zawędrował do Sromowiec Niżnych i znajduje się w wieży kaplicy Dobrego Pasterza.

Po wkroczeniu wojsk radzieckich i ustanowieniu nowego porządku, pustelnik nie był niepokojony przez nową władzę. Trwał natomiast nadal spór z Pienińskim Parkiem Narodowym, który wciąż chciał pozbyć się mieszkańca leśnego ustronia.

Niestety, po długich latach swojej obecności w Pieninach (25 lat), kiedy wrósł już w krajobraz jak drzewo lub skała, zły los wypędził go z tego miejsca. Tylko szczęśliwemu zbiegowi okoliczności może zawdzięczać, że nie stracił wtedy życia. A było to tak. Dzień wcześniej, 10 VI 1949 roku, jego stały współpracownik, Józef Plewa ze Sromowiec, pojechał do Zakopanego, aby dostarczyć odbiorcom partię rzeźb pustelnika. Pobyt w Zakopanem przedłużył się i udało mu się wrócić do Krościenka późnym popołudniem, stąd poszedł prosto w górę do pustelni, aby przekazać otrzymane pieniądze. Wieczór nadszedł szybko, w związku z tym brat Wincenty zaproponował swojemu pomocnikowi nocleg w pustelni. Na drugi dzień rankiem zasiedli obaj do śniadania, zajmując miejsca po przeciwnych końcach stołu. Tymczasem na zewnątrz słychać było nadchodzącą gwałtowną burzę. Nagle po olbrzymim huku, pustelnik padł nieprzytomny na podłogę. To piorun uderzył w dzwonek zawieszony w wieżyczce wieńczącej leśną pustelnię a drut służący do pociągania dzwonka znajdował się akurat nad głową spożywającego śniadanie pustelnika. Jego towarzysz zerwał się z miejsca i podbiegł do leżącego bez znaku życia braciszka, udało mu się go ocucić polewając zimną wodą. Pustelnik otworzył oczy, ale nie mógł nic powiedzieć i stracił władzę w nogach. Józef Plewa zaniepokojony narastającym na zewnątrz szumem, wybiegł przed domek i z przerażeniem zauważył, że dach płonie. Natychmiast wyciągnął na zewnątrz półprzytomnego gospodarza, skoczył ponownie do wnętrza, udało mu się wynieść stół i nieco drobiazgów (m.in. kronikę), niestety dach runął i nie udało się uchronić pozostawionych pamiątek i obrazów od zagłady. Wszystko płonęło. Również piękny rzeźbiony tryptyk wykonany przez brata Wincentego obrazujący le­gendarne dzieje zamku pienińskiego, przedstawiający anioły noszące kamień do budowy i księżnę Kingę chroniącą się tutaj przed Tatarami, a zawieszony na głównej ścianie kuchenki. Józef Plewa pobiegł po pomoc do Sromowiec, wraz ze swoim bratem Stefanem wrócili na miejsce tragedii, nie zastali tam jednak pustelnika, który, jak dobrze się domyślili, doszedł do siebie i udał się w dół do Krościenka.6

Do końca lata mieszkał w piwniczce pustelni, porządkując zgliszcza i czyniąc próby uzyskania zgody (tym razem od Dyrekcji Pienińskiego Parku Narodowego) na odbudowę domku. Zbierał podpisy pod petycją do władz, życzliwi mieszkańcy Krościenka, na apel Józefa Plewy, przeprowadzili zbiórkę desek na rzecz odbudowy pustelni. Dwie furmanki budulca wywieziono w góry i dostarczono do zamku. Niestety, przez dwa lata nie udało się zmienić decyzji władz Parku. Wincenty Kasprowicz mieszkał od jesieni 1949 do 1951 roku w gościnnym domu Mruków.

Wtedy przyjechał do niego brat z poznańskiego i przekonał do powrotu w rodzinne strony, gdzie w roku 1952 zawarł związek małżeński z pewną samotną panną, jak odnotował J. Wiktor: „zapominając o pobożnych przysięgach, o tym, że jest strażnikiem samotni i skarbnicy legend, znęcony powabami świata (…) poszedł w życie, aby zakończyć tę romantyczna opowieść.” Mieszkał i pracował jako kościelny w kościele pw. MB Częstochowskiej w Naramowicach (obecnie dzielnica Poznania).

Podtrzymywał kontakt z zaprzyjaźnionymi ludźmi. Nie zapomniał o swoim wybawcy: wraz z całą rodziną, sprowadził go do Naramowic, gdzie Józef Plewa dostał mieszkanie i pracę w tamtejszym PGRze, później kupił tam dom i pozostał na zawsze. Najstarszego syna J. Plewy wziął na wychowanie, z zamiarem wykształcenia go do posługi kapłańskiej, co też zrealizował. Zmarł w wieku 77 lat, w dniu 30 VIII 1974.

Na koniec przeczytajmy jeszcze legendę, która zrodziła się wśród ludzi po odejściu pustelnika: „Kajś we świecie umiłował urodziwe dziopiałko, ale ono nie miało do niego upodoby, bo ino o niebie mówił, aż jej się to uprzykrzyło i zwabiona uciechami, pojęła innego, co jej ziemskie życie miał umilić do zgonu. Chudok opuszczony, z żalu aż haw w góry przywędrował i zamknął się w tym świętym miejscu. Szły lata. Tamta owdowiała, została w bidzie, z dzieciskami i wtedy przypomniała sobie go, odmieniło się jej serce i ku niemu się obróciło – zawdyś był ino ty. Wydarła go stąd i ku sobie przywiedła. Złamał śluby i pojął małżonkę z tym, co miała. Taka, wej, z baby pokuśnica, z nieba wyciągnie i do piekła zawiedzie.”

A w gablocie, w Muzeum Pienińskim im. Józefa Szalaya przy ulicy Dietla 7 w Szczawnicy, możemy obejrzeć zachowane pamiątki z pobytu pustelnika w Pieninach – m.in. garstkę narzędzi których używał, obok innych pozostawionych pamiątek i przedmiotów codziennego użytku (m.in. metalowej miski z której jadał, sztućców, ołówków i prac jego autorstwa, jak autoportret z okresu pobytu w pustelni i płaskorzeźb, które wykonywał na zamówienia i dla turystów), fragment habitu i sznur, którym się przepasywał oraz odznaczenia przesłane przez żonę po jego śmierci7. Są tu też dwie fotografie, ukazujące go w modlitewnym zamyśleniu i na tle pustelni. Pozostał także srebrny relikwiarz z XVIII wieku, poświęcony św. Kindze, który pustelnik podarował kościołowi parafialnemu w Krościenku, a który z popiołów pustelni wygrzebali dwaj licealiści z Małego Seminarium i przynieśli go na plebanię kościoła.

Pustelnia w Pieninach, Góra Zamkowa
wpieninypoendorfiny

Pieniński Park Narodowy jest jednym z najczęściej odwiedzanych parków w Polsce. Świadczą o tym  tłumy turystów, które możemy spotkać na pienińskich szlakach. Turyści mają do dyspozycji ponad 35 km szlaków pieszych oraz wspaniałe galerie widokowe. Nie lada atrakcją jest spływ tratwą flisacką Przełomem Dunajca. W obszar parku wchodzą: Pieniny Właściwe, Masyw Trzech Koron, Pieniny Czorsztyńskie, Pieninki, Pieniński Przełom Dunajca oraz Zielone Skałki. Ten jeden z 23 parków narodowych Polski zajmujący dość niewielki obszar został założony 1 czerwca 1932 roku. Sama idea utworzenia w Pieninach parku narodowego pojawiła się już wcześniej, a już w 1930 roku w Szczawnicy nieformalnie ogłoszono, że Pieniny to park narodowy. Co ciekawe, wcześniej funkcjonował pod nazwą Park Narodowy w Pieninach.

Pieniny

Park z pustelnikiem

Niewiele osób wie o tym, że jeszcze całkiem niedawno na terenie Pienińskiego Parku Narodowego mieszkali pustelnicy. Pustelnia powstała w 1904 roku na ruinach Zamku Pienińskiego.  Ale od początku… Góra zamkowa zawsze wiązała się bardzo mocno z postacią św. Kingi. I to właśnie w ramach uczczenia 600-lecia jej śmierci wykonane Grotę Świętej Kingi. Do pomocy przy budowie przybył Władysław Stachura, który zamieszkał z innymi robotnikami w szałasie. Po uroczystym poświęceniu groty uzyskał zgodę proboszcza oraz gminy na to, aby zamieszkać w jej pobliżu. Miał się nią opiekować, dbać, aby nie popadała w ruinę. Postanowił jednak wykorzystać wybudowaną podczas budowy drewnianą chatkę. Dopracował ją tak, aby nadawała się do zamieszkania. I tak Władysław Stachura zamieszkał tam jako pustelnik i przybrał imię Władysław. Przebywając w  urokliwym miejscu, czas spędzał na modlitwie, udzielaniu pomocy turytom odwiedzającym Pieniny, zbieraniu ziół. Co ciekawe – spał w trumnie. Codziennie pokonywał drogę do kościoła w Krościenku, aby uczestniczyć w mszy świętej. Niestety po wybuchu I wojny światowej musiał opuścić pustelnię, do której już nigdy nie powrócił. W następnych latach pustelnia bardzo niszczała, aż do 1924 roku, kiedy to zamieszkał w niej pustelnik Wincenty Władysław Kasprowicz. Przeżycia po I wojnie światowej skłoniły go porzucenia wygód na rzecz życia klasztornego. W czasie II wojny światowej nikt nie robił mu przeszkód, nawet żołnierze niemieccy. Niestety w wyniku uderzenia pioruna w 1949 roku pustelnia spłonęła, a władze parku nie zezwoliły na jej odbudowę.

Zamek Czorsztyn

Fauna i Flora

Wędrowanie szlakami parku jest nie tylko świetną opcją na aktywny odpoczynek, jest także lekcją tutejszej fauny i flory. Na terenie Pienińskiego Parku Narodowego możemy znaleźć 17 gatunków ryb, ponad 188 gatunków ptaków oraz 10 gatunków płazów. Mniejszą grupę stanowią większe ssaki, za to obszar obfituje w różne gatunki chrząszczy, motyli. Równie bogato prezentuje się tutejsza roślinność – liczne gatunki glonów, mchów, porostów i grzybów. Szlaki wiodą przez piękne lasy jodłowo-bukowe, rozległe pola i pastwiska. Interesującą ciekawostką jest ścieżka dendrologiczna znajdująca się w otoczeniu budynku dyrekcji parku – każda z roślin opatrzona jest tabliczką z najważniejszymi informacjami oraz krótkim opisem.

Szlaki

W Pienińskim Parku Narodowym znajdziemy liczne szlaki turystyczne. Część z nich jest bardzo oblegana przez turystów. Do najbardziej popularnych możemy zaliczyć na pewno ten prowadzący na Trzy Korony oraz Sokolicę. Jednym z ważniejszych punktów na mapie parku jest Przełęcz Szopka -zwana także przełęczą Chwała Bogu. Stanowi ona główny węzeł szlaków w Pieninach Właściwych oraz jest świetnym punktem widokowym na panoramę Tatr. Warto dodać, że niektóre szlaki są dostępne także dla osób poruszających się na wózkach inwalidzkich oraz dla turystów z wózkami dziecięcymi.

Diament Pienin

Cennik

Wejście na teren Pienińskiego Parku Narodowego jest całkowicie darmowe. Małe opłaty trzeba uiścić jedynie przy paru obiektach. Należą do nich: ruiny Zamku Czorsztyn (8 zł bilet normalny, 4 zł bilet ulgowy), galeria widokowa na szczycie Trzech Koron i Sokolicy (w okresie letnim 8 zł bilet normalny, 4 zł bilet ulgowy, w okresie zimowym cena jest niższa o 2 zł). Warto pamiętać, że jeden bilet umożliwia nam wejście w tym samym dniu na obydwa szczyty.

Dlaczego warto odwiedzić Pieniński Park Narodowy?

Odpowiedź jest bardzo prosta, ponieważ ten urokliwy obszar oferuje bardzo wiele. Piękna przyroda z charakterystycznymi wapiennymi skałkami, zielone wąwozy, rozległe łąki, wijący się nurt Dunajca wraz z flisakami. Nie bez powodu w sezonie letnim ustawiają się długie kolejki przed platformą widokową na Okrąglicy. Obszar Pienińskiego Parku Narodowego jest wyjątkowo dostępny dla każdego rodzaju turysty. Dużo frajdy będą miały tutaj również i dzieci.

wpieninypoendorfiny

Jeśli macie za sobą już Trzy Korony, a pragniecie wycieczkę wydłużyć o kolejny ciekawy szczyt, to śmiało można wybrać się pięknym szlakiem na Sokolicę (747 m n.p.m.). Szczyt ten, chociaż nie należy do najwyższych, kusi jedyną w swoim rodzaju panoramą: przełom Dunajca, Tatry, ogrom lasów i ona – charakterystyczna ponad 500 letnia sosna, która na stałe wpisała się w pocztówkowy widok z Sokolicy. W skrócie:
– z Trzech Koron poruszamy szlakiem niebieskim – Sokolą Percią
– czas przejścia to około 2 godziny
– suma podejść: 355 m
– najwyższy punkt: 942 m n.p.m.
– długość szlaku: 5,4 km
– w deszczowe dni warto uważać na drewnianych schodach, w niektórych miejscach na Sokolej Perci bardzo śliskie kamienie, eksponowane fragmenty zabezpieczone metalowymi barierkami.

Mając za sobą już jeden z dwójki pienińskich klasyków- Trzy Korony, schodzimy więc z platformy na mały placyk z kasą biletową. Do wyboru mamy powrót tym samym szlakiem, którym tu przyszliśmy, ale… kolejny klasyk jest na wyciągnięcie ręki. Na polanie pod Trzema Koronami podążamy dalej niebieskim szlakiem, ale w prawo w stronę Polany Kosarzyska (824 m. n.p.m.). Po kilkunastominutowym spacerze dochodzimy do jednego z bardziej interesujących punktów na szlaku, czyli Góry Zamkowej, gdzie znajdują się ruiny Zamku Pienińskiego. Jeszcze do niedawna pozostałości murów tej najwyżej położonej warowni w Polsce, były dostępne dla zwiedzających, niestety wraz z zawaleniem się stropu jednego z pomieszczeń, wejście dla turystów na zamek jest niedostępne do odwołania. Po 40 minutowym spacerze dochodzimy do Polany Wyrobek (712 m. n.p.m.), gdzie nasz szlak na chwilę łączy się ze szlakiem żółtym. Kawałek dalej na Polanie Wymiarki, znajdziemy idealne miejsce na odpoczynek w upalne dni – przez polanę przepływa Pieniński Potok ujęty w drewniane korytka, więc śmiało można się przy nim ochłodzić. Uważny turysta może zauważyć na polanie po prawej stronie kamień z wyrytym napisem „Wojtek”, upamiętnia on nagłą śmierć gajowego Pienińskiego Parku Narodowego – Wojciecha Regieca, w 1963 roku. Maszerując dalej, dochodzimy do rozwidlenia szlaków u podnóża Bajkowego Gronia (Bajków Groń lub Bajków Gronik, Bańków Gronik, 678 m. n.p.m.), gdzie dalej kierujemy się niebieskim szlakiem. Drogowskaz pokazuje z tego miejsca jedynie ponad godzinę marszu na szczyt Sokolicy. Od tego miejsca podążamy już Sokolą Percią, jednym z najpiękniejszych szlaków pieszych w Polsce, biegnącym skalistym grzbietem Pieninek. Mijając kolejno: Czerteż (731 m. n.p.m) i Czertezik (767 m. n.p.m.) pokonujemy eksponowane fragmenty szlaku, które są zabezpieczone metalowymi barierkami. Warto jednak uważać na tym odcinku, kamienie oraz wystające korzenie drzew są mocno wyślizgane przez setki turystów. Z Sokolej Perci możemy rozkoszować się widokiem przełomu Dunajca. Od najwyższego punktu perci, czyli Czertezika, kierujemy się mocno w dół do Przełęczy Sosonów (655 m. n.p.m.), gdzie możemy chwilę odpocząć przed zdobyciem upragnionego szczytu, od którego dzieli nas już tylko jedyne 15 min. Przed nami ostatnie metry wędrówki na Sokolicę. Pod szczytem znajdziemy drewnianą kasę biletową, w której oprócz biletów możemy przybić pieczątkę i zakupić pamiątki. Pamiętajmy, że bilet zakupiony na Trzech Koronach pozwala nam wejść w tym samym dniu także na Sokolicę. A co zobaczymy na szczycie? Słynną sosnę reliktową, która na tle panoramy Tatr była piękną fotograficzną pamiątką, niestety w 2018 roku, w czasie akcji ratunkowej została uszkodzona przez pęd śmigłowca. Jak na dłoni zobaczymy Tatry, przełom Dunajca oraz niekończący się ogrom lasów. Pamiętajmy, aby nie przechodzić poza barierki galerii, od naszego punktu widokowego, w dół Dunajca dzieli nasz 300 metrowa przepaść.

sokolica
wpieninypoendorfiny

Jarmuta jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych pienińskich szczytów. Odznacza się przede wszystkim położeniem, nieco z boku głównego grzbietu Małych Pienin prawie po środku doliny Grajcarka. Jej kształt przypomina trochę kopiec ogromnego kreta. Z tego powodu oraz z powodu budowy geologicznej przylgnęła do niej łatka góry wulkanicznej. Chociaż zbudowana jest w większości ze skał osadowych charakterystycznych dla Pienin ale także i osadów fliszowych to jednak obecność szeregu intruzji law andezytowych sprzed około 11 mln lat zdominowała jej postrzeganie jako  góry wulkanicznej czy wręcz wulkanu.

Jarmuta  usytuowana jest między  północną stroną grzbietu Małych Pienin a południowymi skłonami pasma Radziejowej w Beskidzie Sądeckim. Posiada trzy wierzchołki, najwyższa Jarmuta osiąga 794 m. n.p.m., na wschód od niej oddzielona przełęczą Matwijowa, Czuprana  777 m. n.p.m. i na północny-zachód od Jarmuty nieco niższy szczyt- Jarmutkę – 690 m. n.p.m.  Do niedawna nie wiódł na nią żaden oficjalny szlak. Jednak w zeszłym roku powstała Ścieżka im. Ks. Jana Kozioła, która powstała z inicjatywy mieszkańców Szczawnicy. Rozpoczyna się ona na ulicy Szlachtowskiej ( na Potoku).  Przez pierwsze 200 metrów prowadzi drogą asfaltową, następnie przechodzi w ścieżkę kamienistą. Idziemy nią cały czas prosto, aż do przełęczy Klimontowskiej, następnie skręcamy w lewo. Podejście na sam szczyt jest dość strome. Po przejściu na północny stok za przekaźnikiem telewizyjnym wspaniały widok, i figura MB. Całą trasę można pokonać w około godzinę.

Możemy zdobyć ja również idąc niebieskim szlakiem od góry Palenica, albo od przeciwnej strony od Wysokiego Wierchu, na który ze Szlachtowej wiedzie szlak żółty. W obu przypadkach na wysokości Cyrhli musimy odbić na północ za szlakiem rowerowym w dół  aż do przełęczy Klimontowskiej.

jarmuta

Góra Jarmuta nieodzownie kojarzona jest z górnictwem złota i srebra. Chociaż gospodarczo jak dotychczas najlepiej spełniła się jako kamieniołom andezytu. Na wschodnim zboczu Czuprany i w przyległym potoku znajdują się  dwie sztolnie – sztolnia w Jarmucie oraz nieopodal sztolnia w Potoku Pałkowskim. W dolinie Grajcarka prace górnicze prowadzone były najprawdopodobniej  od  XIV wieku przez właściciela Szlachtowej starostę muszyńskiego Achacego Jordana.  Pierwsze wzmianki o tym wydobywaniu kruszców znaleźć można w memoriale Wojciecha Bedońskiego sporządzonym koło roku 1726, na zlecenie księcia Pawła Sanguszki. Książę zainteresowany zdobyciem fortuny sprowadził węgierskich rzeczoznawców, którzy mieli wypowiedzieć się na temat celowości wydobywania cennych kruszców. Po licznych ekspertyzach wskazali oni rejon Jarmuty, jako obszar najbardziej sprzyjający poszukiwaniom. Sanguszko w 1732 r.  utworzył przedsiębiorstwo górniczo-hutnicze przełomowe dla górnictwa w okolicach wsi Szlachtowej. Duże nadzieje górnicy wiązali właśnie ze sztolnią w Jarmucie, ponieważ odkryli tam żyłę kruszcową. Zarządcą prac został Andrzej Ressinger. W planie robót górniczych w sztolniach na zboczu Jarmuty znajdują się optymistyczne wzmianki ich autora „W obu sztolniach dał nam Pan Bóg odkryć promień miedzianego kruszcu przy kontynuujących się coraz to piękniejszych złotych cugach”. Niestety pozyskanej rudy nie było dużo – tłuczarnia zapas gromadzony przez górników przez sześć tygodni mogła przerobić w zaledwie jedne dzień. Spowodowało to, że kopalnie u zboczy Jarmuty nie przyniosły oczekiwanych zysków. Dalsze prace były bez celowe, w związku z tym książę Sanguszko w dniu 26.02.1736 zarządził likwidację znajdującej się tam kopalni.  Wydawało się, że sprawa jest już ostatecznie zamknięta, jednak nadeszły wyniki analiz próbek, które wykonał Bittner. Wykrył on w trzech swoich próbkach występowanie srebra. W związku z tym wyraził on pozytywna opinie o rokowaniach dalszych prac w rejonie Jarmuty, co zaskutkowało wznowieniem prace górniczych w1737 roku.  Bittner dążył do pozyskania jak największej ilości rudy, chciał również jak najszybciej przystąpić do jej wytopu. Niestety w prowadzeniu prac przeszkadzały piętrzące się trudności – brak pieniędzy, podważanie celowości prac przez górników oraz brak zrozumienia władz nawojowskich dla górnictwa w Szlachtowej. Pomimo tego udało się zgromadzić wystarczające ilości rudy, co pozwalało przystąpić do jej wytopu.  Rudy nie udało się stopić, a w piecu hutniczym pozostała masa zawierająca żelazo. Spotkało się to z negatywnym nastawieniem otocznia księcia Pawła Sanguszki.  Współpracownicy Bittnera zarzucili mu fałszerstwo przedstawionych przez niego próbek. W związku z powyższym książę nakazał wstrzymanie wszelkich prac wydobywczych, a zrezygnowany Bittner wyjechał ze Szlachtowej.

Dostęp dla turystów do jarmuckiej sztolni jest niestety bardzo utrudniony. Nie prowadzi do niej żaden szlak.  Najłatwiej dojść  drogą prowadzącą przez stary kamieniołom „Malinów” obok boiska KS Jarmuta. Z kamieniołomu należy iść ścieżką w stronę Przełęczy Klimontów.  Z początku prowadzi ona wzdłuż Grajcarka, a następnie skręca  w kierunku południowym i południowo- zachodnim. Droga ta wspina się po wschodnim stoku Jarmuty. W pobliżu Polany Kamienne, na wysokości ok. 600 metrów w kierunku północno- wschodnim odchodzi  boczna ścieżka, która prowadzi pod sam otwór sztolni. Wejście do sztolni jest możliwe tylko w sezonie letnim. W pozostałe miesiące jest niedostępna ze względu na zimujące tam nietoperze, w tym będącego pod ścisłą ochroną podkowca małego. Zwiedzanie sztolni bez specjalistycznego sprzętu jest możliwe tylko do szybu – około 30 metrów. Jeśli chce się iść dalej należy być wyposażonym w liny oraz uprzęże. Całkowita długość wszystkich korytarzy sztolni wynosi 122metry.

Położenie sztolni w Jarmucie N49o24.615’ i E20o 30.928’

wpieninypoendorfiny

Naturalne wody lecznicze występujące w Szczawnicy zwane są przez górali szczawami. Na tych wodach górale wypiekali chleb i ciasta (zastępowała im drożdże – głównie woda Stefan i Józefina), przygotowywali różne potrawy, a także używali ich w celach leczniczych. Po II wojnie światowej wody lecznicze zostały uznane za kopaliny. Jako że są to wody służące poprawie zdrowia ich skład i czystość bakteriologiczna zostały zbadane przez Państwowy Zakład Higieny. Wody szczawnickie są wodami odnawialnymi, a poszczególne źródła różnią się między sobą wydajnością, składem i mineralizacją. Zawierają naturalny dwutlenek węgla działający bezpośrednio na błonę śluzową żołądka, pobudzając go do wzmożonego wydzielania kwasów.Uzdrowisko posiada 12 źródeł wód mineralnych. Obecnie dostępnych jest 9 źródeł wód, które najlepiej spożywać w przywróconej na historyczne miejsce i odnowionej PijalniWód Mineralnych przy Placu Dietla. Wody te można stosować na nadkwaśność, jak również niedokwaśność żołądka – decyduje o tym temperatura pitej wody. Dwutlenek węgla występujący w zimnej wodzie (naturalny) pod wpływem ogrzania, utlenia się – wtedy woda ma odczyn zasadowy i stosuje się ją na nadkwaśność.Zimną szczawę stosuje się w leczeniu niedokwaśności.

historia uzdrowiska w Szczawnicy

Istnienie wód mineralnych w Szczawnicy związane jest z pojawieniem się lawy andezytowej między Pieninami, a Beskidem Sądeckim około 11 milionów lat temu. Występowanie tak różnych minerałów w obrębie skał osadowych nasączonych wodą powoduje mineralizację wody, a wydostający się dwutlenek węgla wzbogaca wody mineralne tworząc szczawy. Szczawnickie wody zaliczamy do wysokozmineralizowanych średnionasyconych dwutlenkiem węgla. Są to najczęściej szczawy wodorowęglanowo-chlorkowo-sodkowe, ale skład poszczególnych wód różni się między sobą na skutek przepływania przez różne rodzaje skał, a także zależy od nasączenia wodą przesiąkajacą z warstw płytszych do ujęcia. Woda, z której powstaje szczawa to woda głębokiego krążenia, jej czas obiegu wynosi kilkadziesiąt lat.

W Szczawnicy znajduje się aż dziewięć źródeł mineralnych: „Józefina”, „Stefan”, „Józef”, „Magdalena”, „Jan”, „Helena”, „ Wanda”, „Szymon” oraz „Pitoniakówka”.

Pierwsze sześć dostępnych jest w pijalni na pl. Józefa Dietla w centrum uzdrowiska. Najstarsze źródło określane jako główne,  to „Józefina”. Jego nazwa jest związana z postacią Józefiny Szalayowej – matki Józefa Szalaya, założyciela pienińskiego uzdrowiska. Charakteryzuje się mineralizacją na poziomie 5g na litr. Zawartość znajdującego się w niej dwutlenku węgla nieznacznie przekracza 1,6g/dm3. Woda ta zalecana jest osobom cierpiącym na nieżyty gardła i nosa, astmę, choroby reumatologiczne, otyłość oraz osteoporozę.

Tuż przy „Józefinie” znajduje się źródło „Stefan” – odkryte przy oczyszczaniu zdroju głównego w roku 1828. Jego mineralizacja waha się od ponad 3g/dm3 do blisko 9g/dm3. Jest stosowany jak „Józefina” ze szczególnym uwzględnieniem alergii. Nazwę zawdzięcza mężowi Józefiny i właścicielowi Szczawnicy.

Źródło  wody „Józef” odkryto w 1986 roku podczas renowacji powyższych ujęć. Zostało nazwane na cześć właściciela budowniczego uzdrowiska Józefa Szalaya. Charakteryzuje się ono dużą mineralnością – około 11g/dm3, a zawartość dwutlenku węgla wynosi niespełna 2,6 g/dm3.  Kuracje pitną wodą „Józef” zaleca się w przypadku: chorób układu trawienia, nieżytów dolnych i górnych dróg oddechowych, chorób reumatologicznych i różnych urazów ortopedycznych.

W Szczawnicy można się napić również wody ze źródła „Magdalena”. Zdrój ten został odkryty w 1839 roku.  Zawartość dwutlenku węgla jest zmienna, nie przekracza jednak 2g/dm3, ale jej  mineralizacja jest wyjątkowa – wynosi 27g na litr.  Zawartość jodu w wodzie  „Magdalena” też nie mała bo 6 mg. Znajduje ona zastosowanie w leczeniu chorób układu pokarmowego, otyłości i nerwic.

Ujęcie „Jan” zostało odkryte w 1869 roku i nazwane imieniem Jana Zielonki zarządcy zakładu zdrojowego. Suma składników stałych w źródle wynosi 4 g/dm3, a  średnia zawartość dwutlenku węgla sięga 1,7 g/dm3. Wodę tą wykorzystuje się do kąpieli mineralnych, wykonywanych w uzdrowisku, a szczególne zastosowanie znajduje w leczeniu kamicy nerkowej. W latach powojennych była głównym składnikiem produkowanej w Szczawnicy popularnej wody mineralnej „Szczawniczanka”.

Źródło „Helena” znane jest w Szczawnicy od 1966 roku. Woda dostarczana jest z Parku Dolnego, gdzie pozyskuje się ją z odwiertu. W składzie chemicznym tej wody dominują jony: wodorowęglanowy, sodowy, chlorkowy i wapniowy. Działanie lecznicze obejmuje choroby dolnych i górnych dróg oddechowych, choroby reumatologiczne oraz stany zapalne nerek.

Źródło „Wanda” zlokalizowane w Parku Dolnym zostało odkryte w latach 60 XIX wieku. Woda ta zawiera zmienne ilości dwutlenku węgla – na poziomie od jednego do dwóch gramów na decymetr sześcienny. Zaleca się stosowanie jej przy: otyłości, skazie moczanowej, nieżytach żołądka i jelit. Kuracja nią polecana jest także osobom pracującym przy dużych temperaturach.

Źródło o nazwie „Szymon” zostało odkryte w połowie XIX wieku. Suma składników stałych oscyluje wokół 3g/dm3, a zawartość dwutlenku zmienia się w zakresie od 1,0g/dm3 do blisko 1,7g/dm3. Jest to najbardziej wydajne źródło, dlatego też od początku uzdrowiska było wykorzystywane do kąpieli leczniczych w dolnym zakładzie zdrojowym. Kuracja pitna zalecana jest przy nieżytach żołądka, otyłości, skazie moczanowej oraz  nieżytach górnych dróg oddechowych i oskrzeli.

Ujęcie ostatniej z wód – „Pitoniakówki” zostało wywiercone w 1952 roku, ale odkryte było na początku ubiegłego wieku przez Jana Pitoniaka. Składa się ono z kilku wypływów. Jego poszczególne części połączone są szybem oraz chodnikami. Zawartość jednego z odwiertów dostępna jest w na ulicy Skotnickiej. Mineralizacja „Piotoniakówki” wynosi 4g/dm3, a zawartość dwutlenku węgla przekracza nieznacznie 2g/dm3. Woda ta zalecana jest przy chorobach układu trawiennego, nieżytach górnych dróg oddechowych, chorobach krwi, nerwicach i osteoporozie.

Na temat walorów smakowych szczawnickich wód każdy z pijących ma własne zdanie. Smaki wyraziste należą do tych bardziej mineralizowanych wód. Intensywność podnosi też zawartość dwutlenku węgla, która zwiększa się w czasie ładnej pogody. Górale mówią wtedy, że woda jest „pornó” czyli szczypie w język w odróżnieniu od „płonej” czyli rozwodnionej.

wpieninypoendorfiny